witam w Nowym Roku!

Witajcie w Nowym Roku!

Moje chudnięcie zatrzymało się na 95 kg. Tak, dobrze czytacie. 95, a nie 94. W tym miesiącu przybrałam kilogram i nawet nie mogę obwiniać tu obżarstwa, bo takowego nie było. Raczej stawiam na brak regularnego sportu, a raczej jakiegokolwiek sportu, bo miesiąc był dla mnie w nowej pracy wycieńczający i nie zostawało mi sił na dodatkowy ruch. Tak więc rozpoczynam nowy rok walki ważąc 95 kilogramów i w tym roku postanawiam doprowadzić sprawę mojego odchudzania do szczęśliwego finału, czyli około 67 kilogramów [choć przyznam, że satysfakcjonowałoby mnie spokojnie 75, no ale ambicja podpowiada, że jak już się odchudzać, to doprowadzić sprawę do statusu „normalnej wagi”]. Niemożliwe? Mam nadzieję, że nie.

Jestem dumna z siebie, bo ani w święta, ani w Sylwestra nie obżerałam się. Jadłam oczywiście rzeczy z listy „zakazanych”, bo bardzo kalorycznych, przekraczałam swoje zapotrzebowanie z trzy dni, ale nie objadałam się tak, jak to miało miejsce zawsze do tej pory. Nie rozepchałam sobie żołądka. Choć przyznam, że jedzenie słodkich rzeczy kończy się dużym łaknieniem przez kolejne dwa dni, ale nie jest to nic, czego nie da się zwalczyć siłą woli i oszukanymi słodyczami bez cukru i tłuszczu ;)

W każdym razie jestem tu znów, dalej walczę, ba! W styczniu po wypłacie idę na siłownię i zamierzam podkręcić metabolizm i ruszyć z gubieniem kilogramów znów z kopyta. Daję sobie ten rok na doprowadzenie sprawy do końca. Wiem, że ambitnie, wiem, że może być to trudne do zrealizowania, ale będę walczyć.

Wszystkim zmagającym się z chorobą, życzę w Nowym Roku wytrwałości w dążeniu do celu i wsparcia najbliższych, dużo mocy do walki, a najwięcej miłości do samych siebie, bo bez tej miłości, bez wiary w siebie, bez akceptacji swojego ciała i jego możliwości trudno jest pokonywać każdy dzień. I pamiętajmy, że ludzie są piękni bez względu na rozmiar. I nie o rozmiar toczy się ta bitwa, a o zdrowie i dobre samopoczucie. Ja np. nie walczę o to, żeby dobrze wyglądać, tylko o to, żeby dłużej pożyć i żeby mieć szansę na zajście w ciążę i zdrowy poród, gdy kiedyś w końcu może zechcę być matką [jeśli zechcę]. Chcę mieć takie same możliwości, jak inne kobiety, a moja otyłość stoi mi na drodze do tego. Tak więc właśnie to zrobię, dam sobie szansę. Wszystkim życzę spełnienia tego, czego dla siebie chcą.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

przedświąteczny update

Witajcie!

Przybywam, żeby zaraportować swoje dotychczasowe osiągnięcia. Na wadze mam już 94 kg, chudnę ultra szybko, prawdopodobnie dzięki/z winy nowej pracy, która nie dość, że stresująca, to jeszcze fizycznie dość wymagająca również. Dietę trzymam, ale mam ostatnio dziwne wrażenie, że jem jednak za mało. Mam chwile, kiedy czuję się źle, słabo, kiedy boli mnie żołądek i jest mi niedobrze. Myślę, że to pierwsze sygnały tego, że powinnam coś w swoim odżywianiu zmienić. Podejrzewam najprostsze – za mało przyjmowanej energii w stosunku do energii spalanej w ciągu doby. Na razie jednak nie mam czasu i sił na poważne zmiany, myślę, że zacznę nad tym głębiej myśleć w nowym roku. Jestem ciekawa, z jakim wynikiem zamknę ten rok. Nie planuję w święta kulinarnych szaleństw ani wielkiego obżarstwa, raczej skromne spróbowanie nie jadanych na co dzień rzeczy będąc w gościach, a w domu standardowa dieta + jakieś wino. No i nie ćwiczę praktycznie nic, jedyną aktywnością w tym miesiącu oprócz bardzo intensywnej pracy są sporadyczne spacery. Od stycznia, kiedy tempo pracy zwolni, planuję uderzyć w siłownię, pierwszy raz w życiu. Ciekawe, co z tego wszystkiego wyniknie.

A co u Was?

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

z tarczą

Znowu trochę mnie nie było, ale za to wracam z tarczą, a nie na tarczy. Na wadze 98 kg i dalej leci w dół. Tak więc dopięłam swego i mam swój kamień milowy, czyli wagę dwucyfrową.

W poprzedniej notce wspominałam, że moje ćwiczenie jest utrudnione nową pracą, a dieta rozregulowana, ale w sumie wygląda na to, że dramatu nie ma. Wystarcza, że ćwiczę w wolne dni, a robię to teraz raczej w domu niż poza ze względu na aurę i też nadal świetnie się czuję i forma nie spada. Dietę podtrzymuję na tym samym poziomie, może jedynym minusem jest, że mało jem w ciągu dnia, a na wieczór się napycham, ale póki mieszczę się w ujemnym bilansie kalorycznym, to i tak dalej chudnę.

W pracy mam również dużo aktywności fizycznej, przy przeciętnym dniu robię koło 8-9 tysięcy kroków, do tego sporo przerzucania ciężkich dokumentów i pakunków, więc nie mogę powiedzieć, żebym miała pracę siedzącą, jestem raczej wciąż fizycznie aktywna, co mi również pomaga w moim przedsięwzięciu.

Jestem również pod wrażeniem swojej silnej woli, bo w pracy notorycznie częstowana jestem słodyczami, których również notorycznie odmawiam, zadowalając się swoim lekkim drugim śniadaniem. Widzę również, że spotkanie towarzyskie, na którym byliśmy z mężem, a na którym spożywałam sporo napojów wyskokowych i gorącej czekolady też nie wpłynęło negatywnie na moje działania, tak więc tym bardziej cieszę się tym wszystkim wiedząc, że raz na długi czas mogę sobie na coś pozwolić.

I oczywiście, że mam ciężkie chwile. Nowa praca jest dla mnie ogromnym stresem, a ja stresy zajadam słodyczami. Są więc takie dni, kiedy jedyne o czym marzę idąc na zakupy wieczorem, to wrzucić do koszyka wszystko, co wygląda smacznie a potem napchać się do porzygania. Ale wiem, że nie mogę. Bo wtedy czeka mnie tylko depresja, załamanie i ponad 130 kilo na wadze. Nie mogę do tego wrócić już nigdy.

Trzymam kciuki za wszystkich walczących!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

trochę nowości :)

Chwilę mnie nie było, ale mogę się pochwalić, że po wielu miesiącach starań udało mi się zmienić pracę, z czego jestem naprawdę bardzo zadowolona.

Oprócz tego na wadze 100 kg, myślę, że jeszcze z tydzień i zobaczę tę upragnioną dwucyfrówkę.

Przez nową pracę mam trochę utrudnione uprawianie sportu, ale poświęcam na ćwiczenia każdy wolny dzień. Często truchtam po lesie i sprawia mi to dużą frajdę, choć nie ukrywam, że jest czasem bardzo, bardzo ciężko. Pokonuję około 9 km każdorazowo, pierwsze 4-5 idzie jak po maśle, ale potem jest ciężko, a myśli kierują się ku domowi i kawie. Ale zawsze powtarzam sobie, że jeśli to dokończę, to będę z siebie bardzo zadowolona, a moja waga jeden krok ku normalności dalej.

Przez pracę również trochę zaburza się regularność moich posiłków, ponieważ nieraz pracuję po 11-12 godzin, w pracy nie mam czasu jeść spokojnie, więc jem bardzo malutko, a wieczorem jak wracam, to jestem głodna jak wilk. I wszyscy wiemy, co dla grubasa oznacza wilczy głód na wieczór. Ale na razie staram się to kontrolować. Zapotrzebowanie kaloryczne jest przestrzegane. Może jak trochę się w pracy uspokoi, jak nauczę się wszystkiego, poznam też lepiej reguły tam panujące, to będę sobie mogła pozwolić na odrobinę więcej spokojnych posiłków i przerw. A póki co staram się cieszyć zastrzykiem energii, jaki daje mi nowa praca i nowe wyzwania.

Ponieważ schudłam już w sumie 21 kg począwszy od najwyższej wagi osiągniętej w tym roku, byłam zmuszona pozbyć się części swoich dużo za dużych ubrań. Część wyprzedaję, część oddaję mamie. Chcę się ich pozbywać, tak, jak chcę się na zawsze pozbyć swojej nadwagi. I chociaż widzę swoją słabość, wywołaną pracą, to wiem, że takich wyników i tej całej ciężkiej pracy nie mogę tym razem zaprzepaścić. Po prostu nie mogę.

A co słychać u moich współodchudzających się?

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Siła!

Na wadze 102 kg, duży sukces, ale przede mną jakieś dwa tygodnie zastoju, bo zbliża się okres, a ja w tym czasie niestety nabieram wody i puchnę i nie czuję się najlepiej. Jednym z objawów jest również uczucie nienasycenia, to ten czas w miesiącu, kiedy muszę najeść się tak, żeby czuć się lekko przejedzoną, wtedy dopiero odczuwam spokój. Ale wszystko jest oczywiście pod ścisłą kontrolą kaloryczną. Jestem już tak blisko swojego wielkiego celu, nie mogę się już doczekać, kiedy na liczniku pokaże się 99,9. Kiedy waga stanie się dwu-, a nie trzycyfrowa.

Moim niewątpliwym sukcesem jest również to, że podjęłam próbę biegania. Może bieganie to za duże słowo, trucht lepiej to określa. W każdym razie najpierw próbowałam truchtać podczas treningu na bieżni, udawało mi się chwilkę taki trucht utrzymać, po czym zaczęliśmy z mężem jeździć na treningi do lasu. I tu zaczęłam od bawienia się w czas. Najpierw sprawdziłam, ile jestem w stanie truchtać bez przystanku. 2-2,5 minuty to absolutne maksimum. A potem robiłam naprzemiennie trucht i marsz. Kilka takich treningów i muszę się pochwalić, że podczas ostatniego zdarzyło mi się raz jeden jedyny, że tak dobrze zsynchronizowałam oddech i tempo, że biegłam chyba z 4 minuty, gładko, równo, przyjemnie. Poczułam się lekka, szczęśliwa, zjednoczona z naturą. Wspaniałe uczucie. Moim marzeniem na ten moment, jest móc biec przez 10 minut bez przerwy. Słyszałam, że każdy kto biega, zaczynał od takich krótkich przebieżek, że to zupełnie normalne i że wraz z formą wydłuża się ten czas. Mam nadzieję, że u mnie będzie podobnie, bo sprawia mi to niemałą przyjemność.

Dziwne jest również to, że kiedy odchudzałam się trzy lata temu i byłam na tym etapie co teraz, czułam się jak laska, szczupła, sprawna i atrakcyjna [na swoją miarę oczywiście:D], a teraz – ważąc tyle samo – nie czuję takiego efektu. W lustrze dalej widzę spaślaka, jeśli chodzi o poziom sprawności, to czuję różnicę, ale też nie czuję się lekka jak motyl, raczej moje męczarnie pozwalają mi na trochę więcej, a co do atrakcyjności, to niestety czy 130 czy 102 kg, czuję się tak samo mało atrakcyjna. Ale tutaj wchodzi chyba po prostu takie zwykłe, osobiste poczucie własnej wartości, którym nigdy się specjalnie nie odznaczałam. W każdym razie walczę dalej. Walczę, nie poddaję się i czekam, aż na wadze pojawi się upragnione 99,9kg. Siła!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Skomentuj

film z ćwiczeń :D

Na liczniku kilo mniej od ostatniej notki, tak więc jakiś progres jest. Dzisiaj wrzucę Wam skromnie złożony przeze mnie filmik z jednego z ostatnich moich treningów. Nic specjalnego, wiem. I w dodatku ta informacja o zakupie klucza :D Ściągnęłam pierwszy lepszy program do obróbki, dlatego tak. Może film zadziała motywująco na mnie w chwilach zwątpienia. Jak widać, nie mam super specjalnych ciuchów sportowych. Zwykły dres z lumpeksu i sportowe buty z lidla za 60 zł. Na górze zwykle noszę zwykły t-shirt i bardzo zwykłą lumpeksową bluzę. Aha, dla jasności: filmik jest przyspieszany i zwalniany, żeby ktoś sobie nie pomyślał, że ja po tych schodach skaczę jak ta górska kozica bez wytchnienia ;) Tak naprawdę idę sobie powoli równym tempem. A co u Was? Pozdrawiam ciepło!

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

aktualizacja wagi

No dobra, mogę już to napisać. Ważę 105 kg, ciągle chudnę i bardzo mnie to cieszy. Diety nie łamię, ćwiczę regularnie. Baaaardzo liczę na to, że do końca listopada uda mi się zejść poniżej setki. Byłoby cudownie. Naprawdę cudownie. Są chwile, w których całe to odchudzanie wydaje mi się takie proste. No bo cóż to za filozofia: nie przekraczać kalorii i regularnie się ruszać. Niby nic skomplikowanego. Ale są też chwile, kiedy odchudzanie odczuwam jako karę i torturę, najchętniej nie ruszałabym się z domu i zjadła wszystkie te cudowności, które epatują na mnie z mediów i sklepowych półek. Gdy uda mi się te trudne chwile przezwyciężyć, czuję, że mogę wszystko.

Dalej nie zrobiłam bezy, ale za to ostatnio z mężem zrobiliśmy sobie galaretkę z owocowej herbaty z dodatkiem granatu, słodzoną erytrolem i z jogurtem naturalnym. Wyszedł nam taki trójpoziomowy deser, smaczny, bardzo sycący, a ogromna porcja miała tylko 163 kcal. Myślę, że przy odrobinie chęci i inwencji można stworzyć coś dobrego dla uzależnionego grubasa.

Zastanawiam się, czy nie zacząć tu wstawiać zdjęć mojej zmieniającej się sylwetki… Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że chudnę, na zdjęciach widać różnicę, ale ja w lustrze tej różnicy w ogóle nie widzę. Gdyby nie spadające z tyłka spodnie, nigdy bym nie pomyślała, że cokolwiek się zmienia. Kolejny dowód na to, że wszystko siedzi w głowie…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 6 komentarzy

Co jem, żeby chudnąć, a przetrwać?

Nie po drodze mi ostatnio z pisaniem, ale pochwalić się mogę, że dietę trzymam, aktywności fizyczne podtrzymuję, generalnie działam niezłomnie w kierunku upragnionego celu. Nie ważę się, bo jestem napuchnięta przed okresem, ale chcę wierzyć, że waga też współpracuje. Na pewno dam znać.

Obiecałam podzielić się z Wami swoimi przykładowymi posiłkami.

Dzień zwykle zaczynam śniadaniem, które jest raczej dość niskoenergetyczne ze względu na to, że z rana nie jestem głodna. Moje standardowe śniadanie ma maksymalnie 350 kcal. Takie np. jak:

200 g fasolki w sosie chilli [robiona samodzielnie] + 2 jajka smażone bez tłuszczu + pomidor/ogórek

serek wiejski lekki + 250 g pomidora/ogórka + 10g otrębów żytnich

Drugim śniadaniem jest dla mnie zwykle porcja owoców, najróżniejszych, zależy co akurat uda mi się kupić. Banany, jabłka, śliwki, nektarynki, brzoskwinie, morele. Zwykle zjadam ich około pół kilograma, czasami trochę więcej. Nigdy nie przekraczam 500 kcal.

Przykładowy obiad [maksymalnie 600 kcal]:

300 g gotowanych/pieczonych ziemniaków + 250 g piersi z kurczaka pieczonej + surówka/ogórek kiszony 300 g

Wszelkie zupy robione na samodzielnie odtłuszczonym bulionie

Placuszki cukiniowe z łyżką jogurtu greckiego

Babeczki warzywne np. z kalafiora i cheddaru

Pizza na kalafiorowym spodzie

Podwieczorek jem rzadko, najczęściej po prostu piję poobiednią wielką kawę z mlekiem słodzoną erytrolem, która daje mi ok. 80 kcal

Na kolację jem to, na co mam chęć. Ostatnio moją ulubioną kolacją są kanapki na waflach ryżowych z chudym twarogiem i kapką domowego dżemu niskosłodzonego. Nie dość, że się najadam, to jeszcze zaspokajam swoją trudną potrzebę jedzenia słodkiego. Taka kolacja ma nie więcej niż 400 kcal. Jeśli zdarzy się cud i nie mam chęci na słodycze, zjadam zwykle serek wiejski z warzywami albo pastę z chudego twarogu i tuńczyka. Zdarza się też, że jem 3 jajka na miękko.

Jestem na etapie, kiedy moją dobową racją kaloryczną jest 1790 kcal, dlatego tak manewruję porcjami i posiłkami, żeby nigdy tych wartości nie przekraczać, ale mieć też w tej diecie trochę przyjemności. Wczoraj np. na kolację ugotowałam nam budyń na mleku 0,5% słodzony erytrolem. Połowa gotowego produktu dała mi ok. 163 kcal. Całkiem spoko, jak na słodki deser, prawda? Teraz, jak zakupiłam trochę większy zapas, będę próbować z bezą (pozdrawiam Zarazę, która podrzuciła mi ten pomysł), a przy okazji bezy pewnie ukręcę też kogel mogel. Dam znać, czy wyszło smacznie.

Pozdrawiam wszystkich walczących :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

Czy dietetyk jest w stanie pomóc?

Nie po drodze mi było z regularnym pisaniem w minionym tygodniu, a wszystkiemu winne moje próby zmiany pracy – na razie nieskuteczne. Ale za to mogę się pochwalić, że dalej chudnę. Na liczniku 107 kg, co po kilku dniach zastoju jest dla mnie nie lada motywacją.

A zastój wziął się stąd, iż… miałam zaparcie. Wiem, temat niesmaczny, ale myślę, że warto napisać o tym, że przy drastycznych zmianach nawyków żywieniowych takie sytuacje się zdarzają. Mi osobiście dość ciężko jest zbalansować dietę, by spożywać tak dużo błonnikowych rzeczy, żeby codziennie rano opuszczać toaletę lżejszą i zadowoloną. No ale próbuję. Na zaparcie pomogła mi Xenna w tabletkach, a teraz na razie jest dobrze. Obserwuję swoje ciało i uczę się, co jest dla mnie najlepsze.

Wiem, że wiele osób korzysta z porad dietetyków. A ja Wam powiem, że nie mam do nich za grosz zaufania, bo moja rodzina i przyjaciele z takich porad korzystali i no cóż… Zresztą sami posłuchajcie. Mój przyjaciel jest mężczyzną bardzo otyłym, ważył wtedy około 155 kg, postanowił rozpocząć walkę z otyłością z pomocą specjalisty. Specjalista zaczął dobrze, kazał mu zrobić badania podstawowe, a potem… dał mu dietę 1200 kcal. Oczywiście przez dwa miesiące pięknie schudł jakieś 15 kg (w połączeniu z codziennymi spacerami), ale po dwóch miesiącach dieta się skończyła, czemu się zresztą wcale nie dziwię. Kto przy zdrowych zmysłach proponuje dorosłemu mężczyźnie dietę 1200 kcal? Czy to nie jest oczywiste, że mężczyzna przy takiej ilości kalorii zwyczajnie GŁODZI SIĘ? Pójdźmy dalej. W jego menu było na drugie śniadanie pół suchej bułki albo garstka pistacji. Czujecie to? Niech mi kto powie, co to za dietetyk i skąd on ma takie pomysły. Oczywiście po takiej diecie cud przyjaciela dotknął efekt jojo i skończył ważąc ponad 10 kilo więcej niż była jego waga wyjściowa.

Na drugim końcu tego dietetycznego kija jest mój mąż, który był u pani dietetyk dużo bardziej racjonalnej, która z kolei zaleciła bardzo delikatne zmiany w diecie, bazujące na ulubionym jedzeniu mojego męża. Ale takie delikatne zmiany w diecie są zmianami, które przynoszą skutki baaaardzo powoli, a gdyby zapytała mojego męża, na czym mu zależy, usłyszałaby, że musi mieć dość szybko widoczne efekty, bo inaczej się podda. Zresztą myślę, że mało jest otyłych ludzi, którzy mają siłę czekać na jeden spalony kilogram miesiąc. Efekty to jest to, co nas motywuje.

Napiszę też o mojej koleżance, która wprawdzie chciała schudnąć 15 kg tylko, bo taką nadwagę miała, ale też dostała od dietetyczki bardzo restrykcyjną dietę, powiedziałabym nawet, że chorą, bo dieta dawała jej jakieś 1000 kcal na dobę, a przy tym pani dietetyk ZALECIŁA korzystanie z kupionych u siebie DIETETYCZNYCH krakersików i jakichś płatków, co się je dodaje do jogurtu, które kosztowały niebotyczne pieniądze… Koleżanka wprawdzie schudła bardzo ładnie, ale co z tego, skoro po takiej diecie po dwóch tygodniach urlopu wróciła z dodatkowymi 8 kg.

Co dietetyk, to inna strategia. I poznając doświadczenia moich znajomych, niezbyt te strategie są dopasowywane do rzeczywistych potrzeb danej osoby. Swoją drogą sama nie wiem, o czym ci dietetycy myślą, zapisując takie diety. Co więcej, dietetycy często rozpisują ludziom jedzenie, które jest po prostu drogie. Łosoś, indyk, konkretne warzywa w zimie czy te „krakersiki”. Zdrowe jedzenie kosztuje, a nikt nie bierze pod uwagę, że nie każdego stać, żeby wydawać 50 zł dziennie na same produkty spożywcze.

Gdybym miała opierać się na swoich doświadczeniach, dieta powinna zawierać produkty niedrogie, łatwo dostępne i proste do przyrządzenia. O swoich pomysłach na niedrogie i proste posiłki dla odchudzających się opowiem przy kolejnej notce. A Wy co myślicie o dietetykach?

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | 10 komentarzy

Jak uciszyć wewnętrznego grubasa?

Mój wewnętrzny grubas każdego dnia nęka mnie swoimi potrzebami. Najbardziej lubi dobrze się najeść i posmakować zakazanego, czyli słodkiego i pysznego. Jak sprawić, żeby grubas się uciszył? Oto kilka moich sprawdzonych metod.

1. Produkty słodzone słodzikami. Wiem, że wielbiciele zdrowego odżywiania mogą się ze mną nie zgodzić, ale ja uważam, że lepszy chemiczny słodzik niż cukier. Pijąc colę light czy nawet oranżadę z Biedronki, słodzoną słodzikami, czuję się dużo lepiej psychicznie niż gdybym miała popijać wszystko wodą. Mam też swoje ulubione owocowe serki homogenizowane z Biedronki, które mają 0% tłuszczu i nie zawierają cukru, stanowiąc tym samym naprawdę smaczny deser w chwili słabości. Słodziki dodaję również do herbaty, gdy akurat mam ochotę ją osłodzić. Nie podchodzą mi tylko z kawą, ale o sposobie na kawę potem.
2. Produkty mleczne o obniżonym poziomie tłuszczu. W moim codziennym menu znajdują się serki wiejskie, twarogi i mleko. Zawsze wybieram opcje light, chude oraz mleko co najmniej 0,5%. Dlaczego? Po prostu mają mniej kalorii, a przy mojej diecie ilość kalorii ma kluczowe znaczenie.
3. Odstawienie pieczywa, kasz i makaronów. Pierwszym powodem jest oczywiście ich kaloryczność, drugim to, że mnie osobiście pieczywo i makaron silnie uzależnia. Nie potrafię nasycić się jedną bułeczką czy dwiema kromeczkami chleba. Żeby poczuć się najedzona [a raczej zaspokojona...] potrzebowałabym zjeść tych bułeczek co najmniej dwie-trzy, a makaronu pół paczki. Kalorie w takich ilościach tych produktów przekonały mnie do całkowitego z nich zrezygnowania.
4. Pieczenie zamiast smażenia. Pieczone mięso czy ziemniaki smakują tak samo dobrze, czy nawet lepiej niż smażone, a możemy w sposób znaczący ograniczyć ilość tłuszczu służącą do przygotowania.
5. 30 minut po zjedzeniu. Tyle co najmniej daję sobie czasu po posiłku, żeby poczuć, że coś zjadłam. Jeśli ktoś jest uzależniony od jedzenia jak ja, pewnie wie, że głód nawet po zjedzeniu przygotowanej dla siebie porcji wcale nie mija. A przynajmniej nie od razu. Dlatego za każdym razem wściekle walczę z czasem i pozwalam mojemu choremu żołądkowi zrozumieć, że swoje dostał. Po tym czasie okazuje się zwykle, że faktycznie zjadłam, najadłam się i wszystko jest dobrze.
6. Ważenie produktów. Kluczem jest odpowiednie dawkowanie wszystkich produktów, które spożywamy. Świadomość zjadanej ilości daje nam dobry obraz tego, gdzie możemy popełniać najwięcej błędów.
7. Zapisywanie posiłków. Dokładnie odnotowywanie spożytego produktu, jego wagi i najlepiej kaloryczności pomaga zrezygnować z nie opłacalnych kalorycznie produktów.
8. Indeks nasycenia. Tak roboczo nazywam poziom nasycenia, jaki uzyskuję przy spożyciu konkretnego produktu. Mnie np. dużo bardziej nasyci 200 kcal z gotowanych ziemniaków niż 200 kcal z kaszy gryczanej. Dużo lepiej poczuję się po jajecznicy z trzech jaj niż po dwóch kanapkach z serem. Myślę, że akurat ten wyznacznik każdy musi odkryć swój. Co mu lepiej służy, co go lepiej zaspokaja.
9. Dużo warzyw. Warzywa są świetnym zapychaczem żołądka, dlatego zawsze do każdego posiłku spożywam co najmniej 300 g warzyw. Im więcej tym lepiej.
10. Picie. Czasem, kiedy nawet minie moje 30 minut po posiłku to czuję, że to jeszcze nie to, że zjadłabym coś. Wtedy z pomocą przychodzą mi napoje. Ulubiona herbata, kawa czy napój gazowany. Słodzone lub nie. Ale w dużych ilościach pite. Okazuje się, że po wypiciu 500 ml herbaty głód minął ;)
11. Erytrytol. To akurat moje nowe odkrycie, ale już teraz mogę szczerze polecić, a na pewno do kawy. Jeśli lubisz słodzoną kawę z mlekiem, ale niedobrze Ci (tak jak mi) od smaku słodzika czy stewii w tym napoju, a chciałbyś oszczędzić kalorie, które wydajesz na jego posłodzenie, spróbuj erytrytolu (
http://zdrowie.wp.pl/zdrowie/metody-naturalne/art369,erytrytol-najzdrowszy-cukier-swiata.html
). Nie zmienia smaku kawy, podobno świetnie nadaje się też do deserów i wypieków, ale tego sprawdzić już nie zdążyłam. Za kawę ręczę :) W 100 g tylko 20 kcal. Jest wprawdzie mniej słodki niż cukier, swoją dużą kawę słodziłam 4 łyżeczkami, ale te 4 łyżeczki to wciąż kaloryczne groszowe sprawy w porównaniu z cukrem.
12. Na niezaspokojony głód – szybki marsz. Jeśli cały dzień czujesz pragnienie najedzenia się po brzegi i regularne posiłki nie pomagają, wybierz się na szybki spacer. Półgodzinny marsz niweluje poczucie tego pragnienia, poprawia samopoczucie i pozytywnie nastraja.
13. Tylko drób i wołowina. Całkowita rezygnacja z wieprzowiny i wędlin, gdyż są zupełnie nieopłacalne kalorycznie.

A może Wy macie jakieś sprawdzone sposoby oszukiwania grubasa? Chętnie je poznam, bo im więcej tym lepiej!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 8 komentarzy