relacja z progresu

Jestem! Nie poddałam się, walczę. Chociaż miałam ponad tygodniową przerwę w ćwiczeniach przez przeziębienie i kilka większych grzeszków spożywczych, to na szczęście świat się nie skończył, a proces trwa.

Pierwszy trening po chorobie był bardzo ciężki. Miałam wrażenie, że moje ciało straciło 70% swojej mocy, aż się płakać chciało z tego braku sił. Ale myślę, że to mogło być osłabienie po infekcji.

Nie wspominałam chyba jeszcze, że razem z mężem nakręciliśmy się na ćwiczenia siłowe i bieganie. I to do takiego stopnia, że… zbudowaliśmy w domu własną siłownię. Sprzęt już stoi, drążki zamocowane na ścianie. Czeka nas jeszcze malowanie jednej ściany i rozkładanie piankowej maty na podłodze i gotowe! Teraz treningi nabiorą nowego wymiaru, bo będą mogły być perfekcyjnie regularne. Brakuje nam jeszcze rękawiczek, bo od dźwigania sztangi i podciągania na drążku robią się na dłoniach bolesne odciski. Muszę się również pochwalić, że przed przeziębieniem pobiłam swój rekord biegu w plenerze, jestem w stanie truchtać przez 25 minut, a raczej byłam, bo po chorobie jeszcze nie biegałam ze względu na złą pogodę. Ale dzisiaj pójdziemy biegać do lasu, więc znowu się sprawdzę.

Kilogramy lecą bardzo powoli, aktualnie na wadze 87 i prawdopodobnie sporo mniej centymetrów w obwodach. Na centymetry nie mam dowodów, bo się nie mierzę z czystego lenistwa, ale wiele na to wskazuje, m.in. spodnie, które jeszcze miesiąc temu były idealne, a teraz w pasie muszę zaciskać pasek, bo spadają. Dowodem nienamacalnym jest również spostrzeżenie koleżanki z pracy, z którą nie widziałam się miesiąc i jak mnie zobaczyła, to od razu powiedziała, że chyba dużo schudłam. Że na twarzy bardzo i ogólnie tak. Nie muszę dodawać, że motywacja skoczyła, bo to co powiedziała i te spodnie są dowodem na to, że moje starania przynoszą rezultaty.

Nie pisałam też chyba o tym, że zwiększyłam swoją dobową rację kaloryczną, spożywam niewiele mniej niż 2000 kcal na dobę, ale myślę, że przy ilości aktywności to i nie tak znowu dużo. Odżywiam się raczej zbilansowaną dietą, ale pozwalam sobie czasem na odstępstwa i staram się nie robić z tego tragedii, bo dzięki temu nie czuję, że robię z siebie męczennicę.

Z moich obliczeń wynika, że zajmie mi rok, aby dojść do prawidłowego BMI z punktu, w którym jestem. To dużo czy mało? W mojej głowie nie ma jeszcze miejsca na osobę, która waży 64 kg. Ale kiedyś nie było miejsca na osobę, która waży 89. A pokonałam tę granicę i brnę dalej. Myślę, że nie ma tu rzeczy niemożliwych, trzeba tylko czasu i zdrowego nastawienia do tego całego przewrotu. Wierzę w siebie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>