będę mamą

Witajcie.

Długo się nie odzywałam, bo od lipca trwała walka o moją ciążę. Leczyłam się, cierpiałam, ale w końcu się udało i jestem w szóstym tygodniu. Ale, ale… Jest to blog o walce z otyłością, więc co na tym polu się działo?

Moja aktualna waga to 87 kg. Nie udało mi się zejść poniżej 85, pomimo bardzo intensywnych treningów i dbałości o dietę. Po prostu coś się zatrzymało. Ale że zaszłam w ciążę, to odchudzanie stanęło, teraz będzie walka o nie przytycie za dużo.

Mogę się za to pochwalić, że mam za sobą pokonanie 10 km biegiem, że dźwigałam ciężary i szło mi to dobrze, i ciało się całkiem fajnie podrzeźbiło. W związku z ciążą zarzuciłam treningi siłowe i w ogóle wszelkie treningi, chodziłam tylko na spacery, ale ostatnio mam lepsze samopoczucie i postanowiłam wrócić na siłkę, ale tylko po to, żeby regularnie kręcić na orbitreku czy spacerować po bieżni. Tak bez spiny, dla zdrowia, troszkę spalić kalorii i podkręcać metabolizm. Uzależniłam się od sportu i jest mi trochę przykro, że nie mogę podtrzymywać swojej super formy biegowej i rozwijać tej mięśniowej, ale coś za coś. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wrócę do tych intensywnych aktywności po przyjściu dziecka na świat.

Na blogach o odchudzaniu, które odwiedzałam do tej pory też już dłuższa cisza… Dziewczęta, żyjecie? Co tam słychać?

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

nie chudnę, nie tyję, a chodzę i żyję

Cześć!

Dawno mnie nie było. Złą nowiną jest to, że nie chudnę. Na wadze dalej 85 kg. Dobrą nowiną jest to, że nie tyję, bo na wadze dalej 85 kg. Dietę trzymam raz lepiej, raz gorzej, liczę kalorie, ale zdarzają się takie dni, kiedy przekraczam je z bardzo, bardzo dużą nawiązką. Mogłabym na to coś poradzić, zawalczyć, ale czasem po prostu mam ochotę się najeść dobrych rzeczy, zrobić sobie wolne od diety, czy na urlopie nie zastanawiać się, ile „waży” to co właśnie jem. Za to dużo ćwiczę. Robię to niemal codziennie. Biegam, trenuję na siłowni. Moje ciało niesamowicie się wzmocniło. Ujędrniło. Usprawniło. Nawet w bieganiu poprawiam ciągle wyniki. Jest naprawdę fajnie. Znaczy było, bo aktualnie jestem chora i od dwóch dni nie ćwiczę, ale zauważyłam, że taki spadek odporności pojawia się wtedy, kiedy nakłada mi się duży wysiłek fizyczny, dużo pracy, a do tego jeszcze sporo stresu. Tak też było i tym razem.

Doszło mi też nowe źródło stresu. Planuję zostać matką. I jest to pierwszy raz oficjalnie nazwana publicznie myśl, którą wcielam w życie. Jeszcze nikt, poza mężem oczywiście, nie wie. I chyba nikomu nie powiem, dopóki słowo nie stanie się ciałem. Ponieważ jestem osobą odpowiedzialną i poukładaną, zanim zacznę starania, chciałam zadbać o dobre przygotowanie gruntu. Schudłam. Poszłam do lekarza. Zrobiłam badania. Mam lekko za wysoką prolaktynę, więc zaczęłam brać leki na obniżenie. Od ponad tygodnia łykam kwas foliowy. Jestem napuchnięta i skoczył mi apetyt, ale planuję schudnąć jeszcze chociaż z 5 kg, zanim zacznę tyć z powodu ciąży. Bo wierzę, że uda mi się w nią zajść. Wierzę też, że uda mi się nie przybrać więcej niż 10 kg z tego powodu. Chcę być aktywna do samego rozwiązania. Ale na razie to wszystko tylko teoria, nie wiem czy uda mi się zostać matką, może nie będzie mi dane. Ale starania rozpoczynam lada dzień. Chciałabym, żeby się udało.

Mam nadzieję, że u Was dobrze. Dajcie znać!

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

…zdrowy duch!

85 kg.

Na wadzę chudnę niewiele, prawie wcale, ale za to ubrania i otoczenie mówią mi, że moje ciało rzeźbi się ku smukłości. Spodnie, które skracałam i zwężałam u krawcowej jakiś czas temu nie nadają się już do noszenia bez paska, albowiem z tyłka zjeżdżają. A jedyne spodnie dobre są w takim rozmiarze, że uwierzyć nie mogę, bo chyba nigdy tak małego nie nosiłam. Co lepsze biustonosze po kolei odkładam do reklamówki, by oddać mamie, a co gorsze ładuję prosto w śmietnik, bo dziwnym trafem prawie wszystkie są już znacząco za duże.

Kierownik podziwia zmiany, jakie dokonują się w moim wyglądzie, podziwia mnie i co jakiś czas komentuje, że robię się coraz mniejsza i niknę w oczach. Szkoda, że nie widzi mułów, jakie mi rosną na ramionach i nie czuje mięśni ud twardych jak skała ;) A poważnie, to dźwigam coraz cięższe ciężary, a ciary podniecenia przebiegają mi po plecach, kiedy widzę, jak spod warstwy tłuszczu na moich wyjątkowo tłuściutkich ramionach zaczynają przebijać mięśnie. Jak nietoperzowe skrzydła zmniejszają się, bo wypełniają tricepsem. Jak na udach wychodzą na powierzchnię mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. A brzuch pod warstwą skóry i tłuszczu jest twardy i słodko napina się przy każdym ruchu. Tak, podniecam się własnym ciałem, bo czuję, jak bardzo jest zdrowe i silne. I gdyby ktoś nazwał mnie teraz grubaską [a mógłby to zrobić], mogłabym spokojnie powiedzieć, że ta grubaska jest zdrowsza i sprawniejsza niż niejeden szczuplak.

Moja dieta jest raczej w kierunku zdrowej, choć cheatmeale zdarzają mi się dość często i być może przez ich istnienie tak powoli spada waga sama w sobie. Ale teraz, po takim sukcesie wiem, że żeby dojść tam, dokąd zmierzam, trzeba długiego czasu i cierpliwości, a łasuch nie wytrzyma długo bez swoich pyszności. Więc na pyszności sobie pozwalam od czasu do czasu. Czasem ten czas jest krótszy, czasem dłuższy. Czasem przekroczę zapotrzebowanie kaloryczne o 300, a czasem o 1000 kcal. I żyję. Ciało smukleje, mięśnie rosną, siła rośnie. Cieszę się życiem i nie mam poczucia, że odmawiam sobie tego, co najlepsze. Zachowuję zdrową równowagę. I jestem przekonana, że ta równowaga wynika ze zrównoważonej psychiki. A ta z kolei pozostaje zdrowsza dzięki regularnie dostarczanym z ruchu endorfinom. Wlazłam w krąg samonapędzającej się szczęśliwości i obym z niego nie wyszła.

Znów mnie zaczepiła kasjerka, w Biedrze tym razem, ja jej nie kojarzę zupełnie, a ona do mnie mówi, że niesamowicie się zmieniłam na plus. Że się taka malutka na twarzy zrobiłam i na ciele. Że ładnie wyglądam. Wiem, że to miał być komplement, ale mimo wszystko dziwnie się poczułam ;) Wolałabym usłyszeć po prostu, że świetnie wyglądam. Bez wspominania o tym, że to dlatego, że schudłam. Ale ja to ja.

A poza tym to bawię się w oszczędną kuchnię i zużywam zapasy wszystkiego co było w zamrażarce i szafce kuchennej i całkiem nieźle mi to idzie. A dzięki świeżej zieleninie z działki u mamy jest też kolorowo, smacznie i zdrowo. Dzisiaj postawię kolejny krok w fit-życiu i zrobię koktajl z JARMUŻEM. Dokąd to wszystko zmierza… Ale od razu mówię, weganką i wegetarianką na pewno nie będę ;)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

ups and downs

Mam lenia, kochany pamiętniczku. Nie chce mi się. I oprócz ogarnięcia na szybko domu, pójścia do fryzjera, przesiedzenia tam prawie dwóch godzin, odwiedzenia mamy, szybkich zakupów oraz NAŻARCIA SIĘ JAK ŚWINIA nie zrobiłam absolutnie nic. No, jeszcze przysnęłam na kanapie z kotem na klacie, z której to boskiej drzemki wyrwał mnie telefon z pracy.

Pracą jestem zmęczona, przemęczona, bo zamiast trzech wolnych dni ostał mi się jeden. W pracy potworna nerwówka i o.

Zmęczenie czasem przekłada się na treningi. A czasem nie. Tak jak wczoraj na przykład. Robię progres i do przysiadów ze sztangą dołożyłam sobie 2,5 kg, do podciągania 10 powtórzeń, a do wyciskania stojąc kolejne 3 kilogramy. Wraz ze wzmacnianiem mięśni całego ciała wykonywanie tych ćwiczeń staje się coraz łatwiejsze, bo nagle zdajesz sobie sprawę, że żeby więcej wycisnąć, musisz napiąć pośladki, brzuch, uda i plecy oprócz mięśni ramion. Że żeby ładnie się podciągać, spinasz całe ciało, a najmocniej plecy. A żeby przysiady wychodziły, napięte muszą być na kamień niemal wszystkie partie mięśni. Sprawia mi to sporą frajdę, że rosnę w siłę. Tylko ta redukcja słabo mi idzie ostatnio, bo chce mi się żreć. Mimo to spadłam kilo w dół. Do celu 21 kg.

Z dnia na dzień staję się bardziej pro i świadoma w kwestii swojej cielesnej przemiany. Założyłam dziennik treningów, do czego długo się nie mogłam przekonać, ale przekonałam się ostatecznie, bo za cholerę nie potrafiłam sobie przypomnieć, co dźwigałam i w jakiej ilości na ostatnim treningu. W MyFitnessPalu ustawiłam sobie cele makroskładnikowe, od kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że spożywam zdecydowanie za mało białka a za dużo węgli, żeby moje mięśnie mogły się sprawnie rozrastać. Przyjmowanie odpowiedniej ilości białka sprawia mi sporą trudność, już tak na marginesie. W ogóle makroskładniki są dla mnie ciężkie do zbilansowania, bo moja dotychczasowa dieta opierała się bardziej na manewrowaniu kilokaloriami i spożywczymi zachciewajkami, a okazuje się, że makro wymagają ogromnej samodyscypliny i skoncentrowania na celu. Nie muszę chyba dodawać, że tego mi wciąż brakuje. No ale rozwijam się i poszerzam wiedzę, przyjdzie lato, to może uda mi się lepiej spinać i łatwiej organizować spożywczo. A jak nie, to zamiast roku odchudzania, będę się odchudzać kolejne trzy ;) Byle do celu, nie?

Mam nastrojowe wzloty i upadki. Z porannego zachwytu nową fryzurą nie pozostało nic. Rano było pięknie, świeżo, rudo, odważnie i atrakcyjnie. Teraz nie mam już pewności, że jest tak zajebiście. I oprawki okularów też jakieś takie normalne się zdają. Wlazłam pod prysznic, umyłam się i znowu jestem tylko zwykłą, domową Otylką w rozciągniętych gaciach do jogi, grubych zimowych skarpetach z Kubusiem Puchatkiem, w za dużym t-shircie. Z rana podniecałam się, że znowu trzy pary spodni i kilka bluzek do oddania, bo już jestem za szczupła, a teraz czuję się jak słoń i myślę z obawą o jutrzejszym pójściu do pracy po metamorfozie, bo już nie czuję się ładna i fajna. I co tu zrobić, jak żyć? Chce mi się spać i tak sobie myślę, że pójdę dzisiaj w kimę wcześniej, a do jutra moja zajebistość może się zregeneruje i będę się czuła na siłach, by opanować świat. Zapewne tak właśnie będzie.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

pokonywanie siebie – kolejny szczyt osiągnięty

Na wadze z trudem 87 kg. Mam gorsze dni, bo okres i w lustrze hipopotam. Ale dzisiaj, mimo okresu, poszłam biegać. Jeśli ktoś czyta mnie od początku, to pewnie pamięta, że zaczynałam swoją przygodę z bieganiem przy około 100 kg na wadze, wtedy z wielkim trudem udawało mi się truchtać w porywach do 3 minut ciągiem, co kończyło się zadyszką. Dzisiaj jestem z siebie dumna do potęgi, bo pękło mi na porannym joggingu 5 km. Pokonałam granicę, która wydawała mi się nie do pokonania. Pokonałam samą siebie, pokonałam słabość, zrobiłam to. Kiedyś nie do pomyślenia było biec przez kilka kilometrów, przez kilkadziesiąt minut, a teraz jestem w stanie to robić, tak po prostu. Założyć adidasy i iść. I nie przejmować się absolutnie niczyim wzrokiem i obecnością. Biec przed siebie, szybciej czy wolniej. Oddychać ciężej czy tak, jakby w ogóle się nie męcząc. Robię to i uwielbiam to, że robić to mogę. Zakochuję się w swoim życiu i w sobie. O wielkości i znaczeniu mojego dokonania wie tylko rodzina i znajomi, którzy znali mnie w okresie najgorszej fizycznej formy. A o tym, jak daleko zaszłam wiem tylko ja. No i Wy. I wiem, że zajść mogę jeszcze dalej. I życzę sobie, żebym nigdy nie zeszła poniżej tego, co udało mi się osiągnąć, a raczej bym wciąż sięgała wyżej. Jestem absolutnie dumna i zadowolona z siebie.

Zadowolenie rośnie również, gdyż w tym miesiącu inwestuję w siebie niemałe jak na moje możliwości pieniądze. Zaczęłam od wymiany okularów. Wybrałam sobie takie oprawki, że [jak już je odbiorę i zacznę nosić] będę się czuła smokin’ hot nawet bez makijażu. Są tak seksowne i kobiece, że przez chwilę zawahałam się, czy będą mi pasować, ale zarówno mina męża, jak i pani optyk przekonały mnie, że już czas stać się kobietą w stu procentach i nie bać bycia gorącą trzydziestką [:D]. Umówiłam się już także na kompleksową usługę fryzjerskiej metamorfozy – będzie strzyżenie i koloryzacja. I mam nadzieję, że fryzjer zrozumie mnie dobrze, kiedy powiem mu, że chcę wyglądać drapieżnie, seksownie i ultrakobieco. I chyba pragnę mieć odcienie rudości na łbie. Nie mówię o czerwonych włosach, ale takie ciepłe refleksy, które podbiją zieloność mej tęczówki. Pewnie się zastanawiacie, o co chodzi z tą drapieżnością i seksownością. Otóż po głębokiej analizie siebie doszłam do wniosku, że moja mocno łagodna i dziewczęca buzia musi otrzymać trochę drapieżnej oprawy, żeby dodać mi pewności siebie oraz sprawić, że niektórzy ludzie zaczną poważniej mnie traktować. Mam dość wizerunku grzecznej dziewczynki, mam dość traktowania mnie jak uczennicę, chcę całkowicie zerwać z takim skojarzeniem. A teraz, u progu trzydziestki, mam ku temu świetną okazję.

Moja trzydziestka ma dla mnie duże znaczenie. Wiem, że może dla kogoś być to śmieszne, ale dla mnie kończenie 30 lat będzie zamknięciem jakiegoś rozdziału w życiu i wejściem w zupełnie nowy. Lepszy. Świadomy. Będzie swego rodzaju podsumowaniem tego, co dotychczas i rozpoczęciem nowego jutra. Symbolicznym pożegnaniem i zamknięciem niezbyt szczęśliwej przeszłości i zwróceniem się w absolutnie szczęśliwą przyszłość. Tak to widzę. Oddzielenie się grubą kreską od tego, kim byłam kiedyś i bycie tym, kim chcę być i jestem teraz. Wzięłam sobie nawet urlop na okres okołourodzinowy, żeby robić rzeczy dla mnie miłe i przyjemne. Tak samolubnie. Cudownie.

Siłownia oczywiście w użyciu, trenuję co drugi dzień dwa zestawy ćwiczeń i myślę, że siła rośnie. Pomiędzy dniami treningu siłowego uprawiam lekkie cardio w postaci biegania, mniej więcej raz w tygodniu mam dzień wolny od ćwiczeń. I tak to leci. Dzień po dniu.

Za kilka dni stuknie mi trzydziestka, a ja na tę trzydziestkę zamierzam być najpiękniejszą wersją siebie. Bo najsprawniejszą już jestem. To duże osiągnięcie, być tak sprawnym fizycznie, jak nigdy przez całe swoje życie. Życzę sobie dalszej konsekwencji i tego, żebym za rok, na 31 urodziny, ważyła 64 kg. Czasem wydaje mi się, że to niemożliwe, ale w sumie… Jak się porządnie sprężę, to kto wie? :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

relacja z progresu

Jestem! Nie poddałam się, walczę. Chociaż miałam ponad tygodniową przerwę w ćwiczeniach przez przeziębienie i kilka większych grzeszków spożywczych, to na szczęście świat się nie skończył, a proces trwa.

Pierwszy trening po chorobie był bardzo ciężki. Miałam wrażenie, że moje ciało straciło 70% swojej mocy, aż się płakać chciało z tego braku sił. Ale myślę, że to mogło być osłabienie po infekcji.

Nie wspominałam chyba jeszcze, że razem z mężem nakręciliśmy się na ćwiczenia siłowe i bieganie. I to do takiego stopnia, że… zbudowaliśmy w domu własną siłownię. Sprzęt już stoi, drążki zamocowane na ścianie. Czeka nas jeszcze malowanie jednej ściany i rozkładanie piankowej maty na podłodze i gotowe! Teraz treningi nabiorą nowego wymiaru, bo będą mogły być perfekcyjnie regularne. Brakuje nam jeszcze rękawiczek, bo od dźwigania sztangi i podciągania na drążku robią się na dłoniach bolesne odciski. Muszę się również pochwalić, że przed przeziębieniem pobiłam swój rekord biegu w plenerze, jestem w stanie truchtać przez 25 minut, a raczej byłam, bo po chorobie jeszcze nie biegałam ze względu na złą pogodę. Ale dzisiaj pójdziemy biegać do lasu, więc znowu się sprawdzę.

Kilogramy lecą bardzo powoli, aktualnie na wadze 87 i prawdopodobnie sporo mniej centymetrów w obwodach. Na centymetry nie mam dowodów, bo się nie mierzę z czystego lenistwa, ale wiele na to wskazuje, m.in. spodnie, które jeszcze miesiąc temu były idealne, a teraz w pasie muszę zaciskać pasek, bo spadają. Dowodem nienamacalnym jest również spostrzeżenie koleżanki z pracy, z którą nie widziałam się miesiąc i jak mnie zobaczyła, to od razu powiedziała, że chyba dużo schudłam. Że na twarzy bardzo i ogólnie tak. Nie muszę dodawać, że motywacja skoczyła, bo to co powiedziała i te spodnie są dowodem na to, że moje starania przynoszą rezultaty.

Nie pisałam też chyba o tym, że zwiększyłam swoją dobową rację kaloryczną, spożywam niewiele mniej niż 2000 kcal na dobę, ale myślę, że przy ilości aktywności to i nie tak znowu dużo. Odżywiam się raczej zbilansowaną dietą, ale pozwalam sobie czasem na odstępstwa i staram się nie robić z tego tragedii, bo dzięki temu nie czuję, że robię z siebie męczennicę.

Z moich obliczeń wynika, że zajmie mi rok, aby dojść do prawidłowego BMI z punktu, w którym jestem. To dużo czy mało? W mojej głowie nie ma jeszcze miejsca na osobę, która waży 64 kg. Ale kiedyś nie było miejsca na osobę, która waży 89. A pokonałam tę granicę i brnę dalej. Myślę, że nie ma tu rzeczy niemożliwych, trzeba tylko czasu i zdrowego nastawienia do tego całego przewrotu. Wierzę w siebie.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

święta na diecie?

Na wstępie życzę wszystkim wspaniałych świąt, dobrych nastrojów i rodzinnej atmosfery :)

Od dwóch dni na wadze mam 88 kg. W ostatnim czasie waga leci bardzo, bardzo powoli. Naczytałam się trochę tematów na fitnessowych forach i mam obawę, że uderzyłam swoją otyłość zbyt zmasowanym atakiem od początku: za duży ujemny bilans kaloryczny, zbyt intensywny ruch ze zbyt dużą częstotliwością. Organizm mógł się przyzwyczaić i teraz już nie chce tak łatwo zrzucać balastu. To trudne starać się i obserwować nikłe efekty, ale nie poddam się tak łatwo. Szczególnie, kiedy ruch zaczął sprawiać mi przyjemność, a zmiana sposobu odżywiania na zdrowszy i bardziej zbilansowany nie jest katorgą. Myślę, że kluczem jest znaleźć równowagę między zdrowym odżywianiem, a zdrowym podejściem do zdrowego odżywiania ;) Niby brzmi prosto: odżywiaj się zdrowo, pilnuj bilansu, ale jak od czasu do czasu zjesz coś ponad to, to nie miej poczucia winy, tylko się tym maksymalnie ciesz. Brzmi prosto, jeśli w życiu nałogowego obżartucha wszystko układa się w miarę dobrze. Ale kiedy zaczyna być mniej dobrze, harmonia może upaść i mogę dać się znów wciągnąć w wir objadania. Wiem, że mi to grozi, bo już przez to parę razy przechodziłam. A tym razem mam do stracenia więcej niż kiedykolwiek. Dlatego właśnie zrobię wszystko, co mogę, żeby podtrzymać swoją dotychczasową taktykę. Jeść zdrowo, pilnować bilansu, ale jeśli wpadnie mi dzisiaj dużo świątecznych kalorii, to postaram się nie obwiniać, nie myśleć o tym, jako o przegranej, tylko cieszyć się smacznym posiłkiem w rodzinnym gronie. A jutro zacząć dzień, jak każdy i trwać w walce. Tak jak to już wcześniej bywało.

Ludzie zaczynają zwracać szczególną uwagę na moje schudnięcie, odkąd zaczęłam nosić bardziej pasujące na mnie ubrania [zamiast za dużych worów, które nosiłam jeszcze do niedawna, bo nie miałam nic mniejszego]. Szef mnie zapytał, jak to robię, że tak szybko niknę w oczach [śmiać mi się chciało, bo ostatnio niknę bardzo powoli, absolutny maks to 2 kg na miesiąc], a pani kasjerka z Lidla gratulowała mi takiego spadku wagi i pytała czy to sama dieta czy jeszcze ćwiczenia. Ktoś pewnie by się mógł ucieszyć, że inni ludzie widzą jego starania, ale ja bardzo nie lubię tego typu zwracania uwagi na moje zmiany fizyczne. Trudno to wyjaśnić, ale czuję się wtedy taka trochę nic nie warta i zastanawiam się, jakie okropne myśli musiały przepływać przez głowy tych ludzi, kiedy ważyłam 130 kg. Wolałabym, żeby ktoś powiedział mi po prostu, że dobrze wyglądam. Ładnie. Czy coś. No ale może to tylko moje kompleksy.

Na koniec dodam jeszcze moje aktualne zdjęcie sylwetki. Dostrzegacie jakieś zmiany od ostatniego filmiku z bieżni? Ja nie. Ale mój mąż twierdzi, że znacznie zmniejszyły się moje łydki i uda, że najlepiej widać to w dresach, w których ćwiczę. No może i tak. Pozdrawiam wszystkich walczących. Zjedzcie dzisiaj coś smacznego i myślcie o tym, jako o robieniu dla siebie czegoś dobrego. Komfort psychiczny w odchudzaniu też jest bardzo ważny, szczególnie, jeśli odchudzanie ma się nie kończyć po miesiącu, tylko trwać latami [jak w moim smutnym przypadku...:D]. Ściskam!

12915204_217009165322611_238318720_o

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 5 komentarzy

jestem – żyję – chudnę

No dobra. Nadal jestem gruba, nadal tłusta, ale… nadal walczę :) Mam swój kamień milowy, ważę obecnie 89 kg i trzymam się obranego kierunku, pomimo że czasem jem słodycze, czasem jem ich trochę za dużo, ale najczęściej dieta idzie mi całkiem nieźle i odżywiam się odpowiednio.

Mam dużo powodów do dumy w kwestii swojej formy fizycznej. Ciągle chodzę na siłownię. Oprócz treningów aerobowych, wprowadziłam również trening siłowy. Okazało się, że moje mięśnie są w stanie opłakanym, mam zero pary w rękach, ruszenie niektórych maszyn bez żadnego obciążenia było dla mnie na początku problemem. Po pierwszym takim treningu nie mogłam się ruszać przez 3 dni, ani ręką, ani nogą. Ból był straszny. Ale z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. Tak więc wzmacniam mięśnie. A jak już wskoczę na orbitrek albo bieżnię, krew zaczyna szybciej krążyć, myśli wypełniają się jasnością i spokojem, ciało ogarnia przyjemne pobudzenie i znowu wszystko nabiera sensu. Patrzę na siebie w lustrze z dumą, bo wiem, że to, co teraz robię, to cel nie do osiągnięcia dla wielu ludzi, tyle straconych kilogramów i tak poprawiona kondycja. A ile jeszcze przede mną! Osiągnęłam kolejny kamień milowy. Mimo paru złamanych dietowych zakazów nie poddałam się i ciągle ćwiczę. Coraz intensywniej. Zaliczyliśmy z mężem pierwszy trucht w terenie, zrobiliśmy 6 km, z czego większość była truchtana, a zdecydowana mniejszość to marsz. Czułam się, jakby ktoś podarował mi nowe życie, kiedy biegłam przez piękne podmiejskie okolice. Prawie leciałam. To zupełnie co innego niż bieżnia. Jest trudniej, ale jest też przyjemniej. Dzisiaj wprowadziłam pierwszy raz trening interwałowy na bieżni, ja pierdziu, jakie to przyjemne. Jakie to wspaniałe stawiać swojemu ciału coraz to nowe wyzwania i przekonywać się, jak wiele potrafi, wyobrażać sobie, co jeszcze kiedyś będzie potrafiło, jeśli dać mu odpowiednio dużo czasu. Najlepsze jest to, że nie wypluwam płuc, nie umieram na zawał, nie duszę się i nie zdycham. Pocę się jak świnia i czuję, że ciało dostało wycisk, ale to jest przyjemne. Kojące. Satysfakcjonujące. I ekscytujące. Że mogę coraz więcej.

Moje ciało się zmienia. I to nie tylko w tym zupełnie pozytywnym sensie, że schudłam, a teraz noszę ubrania pięć rozmiarów mniejsze niż na początku swojej drogi. Traci również na jędrności, bo nie oszukujmy się – schodzenie z dużej otyłości wiąże się z nadmiarem luźnej skóry. Najbardziej „bolą” mnie piersi. Nigdy nie byłam w ciąży, a wyglądają, jakbym wykarmiła z trójkę dzieci. Ale nie pozostaje mi nic innego, jak zaakceptowanie tego faktu, bo nigdy nie odchudzałam się po to, żeby mieć piękne ciało. Zawsze robiłam to z myślą o własnym zdrowiu i przyszłości, na drodze do której może stanąć mi nadmiar tłuszczu w organizmie. Przede mną – przy dobrych wiatrach – rok do wagi idealnej. Przede mną również najlepszy sezon na odchudzanie. Jestem dobrej myśli.

Myślę, że niedługo wrzucę tu kolejne zdjęcie porównawcze, bo zaczęłam ostatnio nosić spodnie w rozmiarze 44, a takiego rozmiaru nie nosiłam chyba od liceum. Powoli wymieniam całą garderobę, bo nic już na mnie nie pasuje. Jak dobrze, że są lumpeksy, gdzie można się ubrać za grosze. Czeka mnie też wymiana bielizny lada chwila, bo niewiele staników jest jeszcze na mnie dobrych, ale tutaj już będę chciała zainwestować w coś lepszego.

Jestem bardzo ciekawa, co u moich współwalczących. Zaraz przelecę się po ulubionych blogach. Trzymam za wszystkich kciuki i życzę powodzenia!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

o ciuchach, BMI i aktualnej wadze

Historia jest taka, że odchudzam się już od jakichś 220 dni. W tym czasie schudłam prawie 30 kg i zdążyłam schować do worów do oddania/sprzedania/wyrzucenia jakieś 2/3 swojej garderoby. Do tej pory chodziłam ciągle w rzeczach, które jakiś czas temu przebrałam, jako te mniejsze. Ale wczoraj rano mój mąż wciągnął na tyłek moje dżinsy, które na niego idealnie pasowały i trochę mnie skrzyczał, żebym się opanowała i kupiła sobie wreszcie ubrania, które na mnie pasują, a nie nosiła workowate spodnie ściśnięte w pasie paskiem. I dopiero wtedy dotarło do mnie, jak fatalnie wyglądam w tych za dużych rzeczach. Zainspirowana postawą mojego męża postanowiłam sięgnąć w najgłębsze czeluści mojej szafy, gdzie miałam poukrywane ubrania w najmniejszych noszonych przeze mnie w życiu rozmiarach i zaczęłam szukać. Okazało się po pierwsze, że część z nich już teraz jest na mnie za dużych, a druga część ratuje mi życie i nie muszę kupować trzech par dżinsów, bo akurat trzy pary idealnie leżących się tam znalazły. Moja aktualna waga oscyluje wokół 92 kg, co oznacza, że siłownia przynosi rezultaty i trochę coś się wreszcie ruszyło, nie chudnę wprawdzie tak szybko jak wcześniej, ale niewątpliwie coś się dzieje. A ponieważ wciąż jestem jakieś 26-27 kg od celu, to moje ubrania teraz są tylko fazą przejściową, więc szkoda byłoby mi wydać kupę kasy na spodnie, w których pochodzę parę miesięcy i będą za duże. Tak więc fajnie, że tamte staruszki się znalazły. Dodatkowo podnieca mnie fakt, że te pasujące aktualnie spodnie miałam na sobie ostatnio jakieś 10 lat temu, gdzieś w okresie, kiedy poznałam swojego męża. Od tamtej pory nie udało mi się w nie nigdy wbić. Więc sukces jest niewątpliwy i dało mi to ogromnego kopa motywacyjnego do dalszej pracy nad sobą. Ćwiczę, pilnuję diety [która nota bene wcale nie jest tak restrykcyjna] i obserwuję swoje ciało. Wczoraj przyjrzałam się swojej skórze na brzuchu, udach i ramionach i zauważyłam, że jeszcze trochę i będzie dość mocno obwisła i sflaczała. Ale odchudzając się nigdy nie robiłam tego z myślą o idealnym ciele, bo takiego mieć nie będę przy ilości skóry, którą po sobie pozostawi moja otyłość. Chcę być tylko zdrowa i pełna energii, a jeśli mam być szczera, to czuję się zdrowsza i silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Pogoda za oknem robi się coraz lepsza, a moje myśli coraz częściej wędrują w stronę biegania. Myślę, że jak zejdę poniżej 90 kg, to ruszę z kopyta w nową podróż, jaką będzie moje pierwsze poważne podejście do biegania.

To całe odchudzanie jest trochę jak sen, w takim sensie, że niby widzisz na wadze, że jest mniej, ale w lustrze już nie. I nosisz ciągle te za duże ciuchy, bo wydaje Ci się, że są dobre, a mniejsze będą za ciasne i będziesz wyglądać jak baleron. Ale w końcu przychodzi moment otrzeźwienia, kiedy wciągasz je na siebie i widzisz, że pasują i dopiero wtedy dociera do Ciebie po pierwsze, jak bardzo zmieniło się Twoje ciało, a po drugie, na jaką skalę byłeś otyły, jak wielki ciężar nosiłeś na swoich nogach. Czasami oglądam swoje zdjęcia z tego najgorszego okresu i myślę sobie, jak bardzo nieszczęśliwa wtedy byłam, jak bardzo życie było wtedy niefajne i trudne. Ale teraz jest lepiej, jestem na właściwej ścieżce i dążę ku temu, żeby moja waga była dla mnie najzdrowsza. Zaczynałam mając BMI ponad 45, ze skrajną otyłością, a teraz jestem na etapie otyłości I stopnia, gdzie niedaleka droga dzieli mnie od „nadwagi”. Pewnie dla zdrowych ludzi to co piszę jest potworne, cieszyć się z tego, że ma się pierwszy stopień otyłości, a już niedługo „tylko” nadwagę, ale dla mnie to naprawdę duży sukces. Mam nadzieję, że nie zabraknie mi sił, żeby doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarzy

ja PRZED i W TRAKCIE

Witajcie współwalczący!

Ja niestety nie mam się czym pochwalić tym razem, bo od 1,5 miesiąca nie ubyło mi nawet pół kilograma. Winą za taki stan rzeczy muszę obarczyć po pierwsze złamaną silną wolę, przez którą podjadam co parę dni jakieś słodkości, bo niestety mam z nimi kontakt w pracy, a także brak ruchu. Wprawdzie te słodkości wliczałam ciągle w wartości kaloryczne moich codziennych posiłków, a mój bilans nie przekraczał tego, co powinna spożywać aktywna kobieta na dobę, no ale jednak nie był to bilans na tyle ujemny, żebym mogła cokolwiek zrzucić. Ale przynajmniej nie przytyłam ani grama. Nie satysfakcjonuje mnie to jednak i kłóci się z moim planem doprowadzenia się do właściwej wagi w tym roku, tak więc nie od jutra, a od dziś wprowadzam plan SILNA WOLA i nie dam się złamać nikomu i niczemu. O.

Pisałam na początku, że nie mam się czym pochwalić, ale jednak mam. Wykupiłam karnet na siłownię. Miałam z tym nie lada problem, dlatego, że wstydziłam się iść i ćwiczyć publicznie, czułam się za gruba na takie rzeczy. Ale ponieważ zima w pełni, a ja nie mogę czekać w bezruchu do wiosny, zdecydowałam się z mężem przemóc i pójść. Byłam już dwa razy, dzisiaj idę znowu i jestem wręcz zachwycona. Ćwiczę po dwie godziny, głównie na bieżni i na orbitreku. Endorfiny płyną, a ja czuję nową energię do życia. Dowiedziałam się też, że nieefektywnie ćwiczyłam wcześniej. Potrafiłam ostro się katować, że mało nie wyskoczyło mi serce. A pani trenerka powiedziała, że w ten sposób palę mięśnie, zamiast palić tłuszcz. Więc teraz trenuję lżej, spokojniej, a efekty mają być znacznie lepsze. Zaskoczyło mnie również, jak dobrą formę mam po miesięcznej przerwie w aktywności fizycznej. Co mnie jeszcze zaskoczyło, to to, jak wyglądam. Pisałam już nie raz o tym, że w swojej głowie wyglądam dokładnie tak samo, jak 25 kilogramów temu. Ale mąż nagrał mnie któregoś razu jak ćwiczę i byłam bardzo zaskoczona swoim ciałem, które w porównaniu do tego, co było wcześniej wygląda smukło i zdrowo. Zresztą odważę się Wam pokazać, jak to było w moim najgorszym momencie, a jak jest teraz. Mam nadzieję, że tego nie pożałuję :D

Ja PRZED.
DSC05238

DSC05241

I ja TERAZ.

Wierzę, że nie zabraknie mi sił do dalszej walki. A jak u Was?

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 6 komentarzy